niedziela, 23 czerwca 2013

ehhh.

    Jestem mistrzynią w wymyślaniu wymówek... szczególnie przed samą sobą. Nie powiem, są całkiem niezłe - a, bo dzień taty, a, bo za ciepło... a, bo biorę profilaktycznie doksycyklinę po tym. jak pokazał mi się na nadze okazały rumień...i wiadomo, mam od razu z 3 objawy uboczne.
Pielęgnuje starannie mój do-jutryzm który często zamienia się w do-potyzm albo do-nigdyzm. I gdyby tu chodziło tylko o ten LEK i te 170 pkt, to spoko..mogłabym przyjąć każdą z wyżej wymienionych wymówek za w pełni uzasadnioną. Jestem przecież dopiero na piątym roku, więc generalnie nie ma co srać żarem. Problem jest jednak tego typu, że w przyszłym tygodniu mam ostatni egzamin. A ja... jestem jeszcze w czarnej somalijskiej dupie (wg moich być może błędnych wyobrażeń ,tam właśnie mieszkają najczarniejsi murzyni ).

Pod kątem egzaminu - nie  zrobiłam dziś nic - czyli tak samo jak w środę i piątek. Mało tego wpadłam już w pułapkę własnego głupiego myślenia "przecież  to ważne - nauczę się tego na drugi termin, lekarz musi umieć takie rzeczy". Sytuacje pogarsza fakt, że zdałam wszystkie inne egzaminy, więc nie mam nad sobą kija...a  marchewka kompletnie na mnie nie działa. :(

W myśl zasady Ch. Noble'a " Musisz mieć długoterminowe cele, które uchronią cię od frustracji krótkoterminowymi porażkami" (vide nadchodzący egzamin) ochoczo otworzyłam dziś dużego Szczeklika by poczytać trochę o boreliozie. Ba ! otworzyłam również farmakologię aby pogłębić wypłowiałą  już wiedzę o doksycyklinie. Na koniec zahaczyłam jeszcze o rzekomobłoniaste zapalenie jelit. Wszystko to oczywiście w ramach wielkiej inauguracji nauki do LEKu.

Ehhh... jestem beznadziejna. Chyba kupię sobie jakiś poradnik o motywacji i organizacji czasu dla studentów :(

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz